Zostawił Sycylię dla Katowic. Polska historia Marco
Marco pochodzi z Włoch, ale od 2011 roku mieszka w Katowicach. Z Edytą rozmawia o tym, jak wygląda życie i praca obcokrajowca w Polsce oraz dlaczego Polska może być bardziej atrakcyjnym miejscem do życia niż jego rodzinna Sycylia. W tym wywiadzie obalimy kilka stereotypów, porozmawiamy też o największym międzynarodowym wydarzeniu w Katowicach.
Edyta: Jak długo mieszkasz w Katowicach?
Marco: Czternaście i pół roku. Prawie piętnaście. We wrześniu minie piętnaście.
Czy będziesz świętować?
Nie myślałem o tym, ale skoro pytasz, to może powinienem…
Powinieneś. Piętnaście lat to konkretna rocznica. A więc, Marco, dlaczego Polska?
Moja przeprowadzka jest konsekwencją mojej chęci podróżowania i odkrywania świata. Pochodzę z Sycylii, ale studiowałem w Mediolanie. Po pięciu latach tam, usamodzielnieniu się, opuszczeniu rodzinnego gniazda, nagle wróciłem na Sycylię. I to było trochę traumatyczne, bo Mediolan jest duży, a moje rodzinne miasto na Sycylii ma zaledwie trzydzieści pięć tysięcy mieszkańców.
Jakie to miasto?
Lentini, blisko Syrakuz i Katanii. To piękne miejsce, z widokiem na Etnę, na morze. Idealne na wakacje. Ale dla kogoś ambitnego, kto chce odkrywać świat, może być zbyt małe. Brakowało mi tego międzynarodowego środowiska. W Mediolanie byłem zaangażowany w działalność Erasmusa, więc byłem przyzwyczajony do międzynarodowych ludzi. Miałem hiszpańską dziewczynę i planowałem nawet wyjechać do Hiszpanii, ale potem się rozstaliśmy. Nagle znalazłem się na Sycylii bez planu.
Co więc zrobiłeś?
Zacząłem szukać pracy. To taki schemat w moim życiu: szukanie pracy, znajdowanie pracy, a później pomaganie innym w znalezieniu pracy. Jedną z opcji była Polska. Wysłałem aplikację tam, ale też do innych krajów. Dostałem odpowiedź i zaproszenie na rozmowę. W tamtym czasie nie znałem Katowic. Znałem Kraków, bo wszyscy znają Kraków. Dla mnie Katowice były tylko lotniskiem blisko Krakowa. Ale spodobała mi się oferta w Capgemini, gdzie zacząłem jako inżynier wsparcia technicznego.
Pamiętam, jak powiedziałem mojej mamie: „Jadę do Polski, do Katowic.” Ona powiedziała: „O mój Boże, dlaczego tak daleko?” A przecież wiemy, że to tylko dwugodzinny bezpośredni lot.
Dokładnie.
I patrz: wszystko zaczęło się w sierpniu 2011 roku. Nie miało trwać tak długo, a nadal tu jestem.
I nadal w tej samej firmie, prawda?
Tak, nadal w tej samej firmie, choć moje obowiązki się zmieniły. To coś, co często mówię nowym osobom w Capgemini: to świetne miejsce do pracy, bo dostajesz możliwości. Mimo iż pracuję z jednym klientem od wielu lat, mogłem w tym czasie rozszerzać zakres obowiązków i rozwijać się. Teraz jestem menedżerem.
Nie mówię dobrze po polsku, a mimo to jestem tu, gdzie jestem. Dlatego mówię nowoprzybyłym osobom, że w Polsce i w Capgemini są możliwości. Jestem na to żywym dowodem.
Oczywiście, każde miejsce ma plusy i minusy, ale jestem bardzo zadowolony z tego, co tutaj mam.
Zanim przejdziemy do twojego życia prywatnego, które też jest dużą częścią twojej polskiej historii, powiedz, jak to jest pracować z Polakami i w polskim środowisku biznesowym? Firma jest międzynarodowa, ale większość twoich współpracowników to pewnie Polacy.
Żeby podać trochę liczb: około 90% osób pracujących w Capgemini w Polsce to Polacy, a 10% to cudzoziemcy. To oznacza ponad 1000 zagranicznych pracowników na około 10 000. Dla mnie to bardzo dobra liczba, bo pozwala pracować w międzynarodowym środowisku. Kiedy tu przyjechałem, wielu ludzi mówiło w różnych językach i miało za sobą doświadczenie Erasmusa. Byli młodzi, otwarci i międzynarodowi. Dla mnie to było jak raj, to było moje środowisko.
I po prawie piętnastu latach możesz pewnie powiedzieć, które polskie stereotypy są prawdziwe, a które nie.
Myślę, że Polacy sami stworzyli część tych stereotypów. Na przykład ludzie często mówią mi: „My ciągle narzekamy.” Ja tego tak nie odczuwam. Może dlatego, że jestem energiczny i staram się widzieć szklankę do połowy pełną, ludzie porównują się do mnie. Ale nie mam złych doświadczeń. Moi mentorzy i wiele osób, które pomagały mi się rozwijać, to Polacy. Mogę mówić głównie o Capgemini, ale moje doświadczenia są bardzo dobre. Mam świadomość, że czasem cudzoziemcy mogą czuć się pozostawieni sami sobie, jeśli środowisko jest zbyt zamknięte, ale myślę, że każdy przypadek jest inny Nie uważam że Polacy sprawiają, że cudzoziemcy czują się tu niemile widziani.
Inny stereotyp o Polakach jest taki, że jesteśmy pracowici. Jak porównałbyś Polaków z Włochami?
To trudne. Zgadzam się, że Polacy są pracowici, ale oczywiście nie dotyczy to wszystkich. Często widzę, że ktoś kończy pracę o 15:00 albo 17:00, co jest w sumie dobre, bo to zdrowy work-life balance. Z drugiej strony ludzie z Sycylii, południowych Włoch czy Hiszpanii są kojarzeni ze „siestą”. Ale to nie znaczy, że są leniwi. Na Sycylii mój ojciec spał godzinę po obiedzie, ale potem pracował do ósmej wieczorem. Był jednym z najciężej pracujących ludzi, jakich znam. Tam rutyna jest po prostu inna. Jeśli ktoś idzie na siestę w połowie dnia, nie powinniśmy zakładać, że nie pracuje ciężko. Włosi, z którymi pracowałem w Polsce, też byli bardzo pracowici.
Czy zatem cudzoziemcy przyjeżdżający do nowego kraju muszą bardziej się starać, żeby udowodnić swoją wartość?
Myślę, że niektóre narodowości tak. Widzę różnicę między tym, jak jestem traktowany jako Włoch, a jak mogą być traktowani koledzy na przykład z krajów Afryki Północnej. Oni często muszą pracować ciężej. Czuję z nimi taką śródziemnomorską więź, więc widzę zarówno przywileje, jak i uprzedzenia.
Ogólnie cudzoziemcy muszą trochę bardziej się starać, żeby wykazać się zawodowo, szczególnie teraz. Niczego nie dostaną za darmo. Bariera językowa też działa przeciwko nam, więc tak, musimy starać się bardziej.
Czy czujesz, że tracisz coś, ponieważ nie mówisz po polsku (a raczej: nie mówisz wystarczająco dobrze po polsku)?
Komunikacyjnie oczywiście. Ale w moim przypadku wiem, z czego to wynika.
Nie dlatego, że uważałem polski za nieistotny. Chodziło o priorytety i czas. Przez ostatnie kilkanaście lat skupiałem uwagę na innych rzeczach.
Jedną z tych rzeczy jest pewnie twój największy projekt: rodzina. Jesteś ojcem trójki dzieci. Poznałeś swoją żonę w Katowicach?
Tak, pochodzi ze Śląska i poznałem ją w pracy, w Capgemini (śmiech). Zawdzięczam tej firmie wiele: to, kim jestem jako menedżer, wiedzę i doświadczenie, ale też moją żonę. Ona bardzo się ode mnie różni. Ja jestem taką typowo korpo osobą: otwartą, towarzyską i nastawioną na networking. Ona ma mniej kontaktów, ale głębszych. Mimo to mamy wiele wspólnych rzeczy.
Może to też różnica między mentalnością polską i włoską. My możemy być bardziej nastawieni na mniej, ale głębokich relacji, a Włosi bardziej na tworzenie dużych społeczności.
Zgadzam się. Moja żona często pyta mnie: „Po co gadasz z tą osobą? Po co Ci to spotkanie? Czemu wymieniasz z nią kontakt?” Dla mnie to naturalne. Mogę spotkać kogoś na przystanku i zacząć rozmowę. Moje podejście jest takie, że nigdy nie wiadomo. Może pomogę tej osobie, a może ona pomoże mnie.
Jesteś bardzo towarzyską osobą i dlatego jesteś tam, gdzie jesteś: menedżerem w dużej międzynarodowej firmie i prezesem fundacji. Opowiedz nam więcej o fundacji.
Rodzina jest najważniejsza, ale fundacja była przed nią. Założyłem ją w 2018 roku, przed narodzinami mojej pierwszej córki. Jestem z niej bardzo dumny. A wszystko zaczęło się od piłki nożnej. Sport sprzyja integracji, szczególnie wśród cudzoziemców i osób, które nie mają jeszcze społeczności. Kiedy tu przyjechałem, znałem tylko ludzi z pracy. Lubiłem grać w piłkę i dzięki mediom społecznościowym zaczęliśmy się spotykać i grać w każdą sobotę.
Potem zorientowałem się, jak wielu międzynarodowych ludzi mieszka w Katowicach: Egipcjanie, Tunezyjczycy, Włosi, Francuzi, Hiszpanie i wielu innych. Cieszyliśmy się grą i wspólnym czasem.
I wtedy pojawił się pomysł turnieju piłkarskiego?
Tak, myśleliśmy o zorganizowaniu mistrzostw świata. Ale zastanawialiśmy się, czy taki event może w ogóle wypalić, jeśli zorganizują go tylko osoby prywatne. Uznałem, że potrzebujemy czegoś bardziej formalnego i fundacja będzie odpowiednią formą. Nie zrobiłbym tego sam. W tamtym czasie dołączyli do mnie Abadi Murshit, przyjaciel z Arabii Saudyjskiej, który dziś pracuje jako lekarz, oraz Grzegorz Kędziora, mój kolega z pracy i z boiska. Stworzyliśmy to razem. Morał jest taki, że trudno robić rzeczy samemu, ale dwie lub trzy osoby wystarczą, żeby zacząć.
Jak nazywa się Twoja fundacja?
Katowice Internationals Foundation. Nasze największe wydarzenie to Katowice Internationals World Cup. W tym roku to już ósma edycja i z każdym rokiem wydarzenie jest coraz większe i lepsze. Jesteśmy z niego bardzo dumni.
Jaka jest data tegorocznej edycji?
27 i 28 czerwca, sobota i niedziela. Zaczynaliśmy od 16 drużyn narodowych. W zeszłym roku było 28. Szaleństwo! W tym roku myślę, że będą 24, aby łatwiej było to wszystko ogarnąć. Najlepsze w naszym turnieju jest to, że to cudzoziemcy mieszkający w Polsce i oni naprawdę są jej częścią. Włochy reprezentują Włosi mieszkający w Polsce; Maroko — Marokańczycy mieszkający w Polsce; tak samo Tunezja, Kolumbia, Portugalia i inne kraje.
Wiem, że co roku dołączają nowi gracze, ale od lat są też ci sami, którzy czekają cały rok, żeby się ponownie zapisać. To wydarzenie jest dla nich ważne. Czy uważasz to za duży sukces?
Tak, zdecydowanie. Rzadko myślę o sobie jak o osobie sukcesu, ale samo wydarzenie jest dużym sukcesem. Czuję ekscytację, szczęście i dumę, kiedy porównuję, gdzie jesteśmy dziś, a gdzie byliśmy 8 lat temu.
Czy każdy może wziąć udział w wydarzeniu?
Tak, ale mamy zasady. Jeśli chcesz grać, musisz mieć obywatelstwo danej drużyny. Na przykład Kolumbijczyk może grać dla Kolumbii, ale musi to uzgodnić z kapitanem, który często jest też trenerem. Jest jeden wyjątek: bramkarz może być z dowolnego kraju, bo trudno znaleźć dobrych bramkarzy. A jeśli nie grasz w piłkę, możesz zostać wolontariuszem. Wolontariusze są zawsze mile widziani i bardzo potrzebni.
Więc to nie tylko wydarzenie sportowe. To też wydarzenie społeczne.
Dokładnie. Przede wszystkim wydarzenie społeczne. To miejsce, gdzie tworzy się społeczność i jest okazja, by poznać, wymieniać wiedzę, spostrzeżenia i doświadczenia. Nawet Włosi mieszkający w Katowicach często nie znali się przed turniejem. Dzięki temu wydarzeniu i piłce nawiązali kontakt, zaczęły się przyjaźnie. To samo dotyczy wielu innych społeczności.
Wspominałeś też, że wydarzenie może tworzyć możliwości.
Tak. W zeszłym roku był z nami wolontariusz z Nigerii, Anime, który przyjechał specjalnie z Krakowa. Był wtedy bezrobotny i szukał pracy. Jeden z naszych sponsorów, Maple Bear, był z nami podczas wydarzenia, a jedna z naszych wolontariuszek, Isabella z Brazylii, pracowała dla Maple Bear. Spotkali się, nawiązali kontakt, a on dostał pracę. Przyszedł jako wolontariusz, dla zabawy i z ciekawości. Teraz jest zadowolony z nowej pracy i chętnie opowiada tę historię.
Ludzie mogą też przyjść kibicować, prawda?
Tak, i zachęcamy wszystkich w Katowicach i okolicach do udziału. To dwa pełne dni zabawy. W sobotę około południa polecam przyjść na ceremonię otwarcia. Jest parada zespołowa inspirowana igrzyskami olimpijskimi. Często zaszczycają nas goście z ratusza, różnych instytucji, świata polityki lub sportu. Potem gramy mecze. Dużo meczów. W niedzielę jest jeszcze więcej gry. Na wydarzenie organizujemy food trucki lub inne atrakcje. W zeszłym roku były na przykład zajęcia jogi. To świetne wydarzenie dla rodzin i kibiców zespołów, ale nie tylko. Myślę, że to obowiązkowe wydarzenie dla całej społeczności Katowic.
Zgadzam się. Byłam na kilku edycjach i w tym roku też będę. Ale wróćmy do projektu rodzina: masz troje dzieci. Ile mają lat?
Gaia ma sześć i pół roku. Pola właśnie skończyła cztery. Kai, najmłodszy, skończy dwa lata pod koniec czerwca. Urodził się dwa tygodnie po World Cup dwa lata temu, co trochę skomplikowało mi życie. Już kopie piłkę, więc może kiedyś będzie piłkarzem? Moje dzieci są moim największym projektem i największym szczęściem. Gaia uwielbia World Cup. Spędziła ze mną cały turniej dwa lata temu i mam nadzieję, że w tym roku znowu będą ze mną moje dzieci, przynajmniej te starsze.
I są oczywiście dwujęzyczne?
Tak. Jednym z powodów, dla których nie mówię płynnie po polsku, jest to, że bardzo wierzę, że powinienem mówić do nich po włosku. Dzięki temu mówią płynnie po włosku.
W niektórych mieszanych rodzinach rodzic zagraniczny przechodzi na polski, bo tak jest łatwiej, i wtedy polska „bańka” staje się zbyt silna.
W mojej rodzinie mamy podział mniej więcej 60/40 na włoski i polski. Na szczęście moja żona też mówi po włosku.
Czy z żoną rozmawiasz po włosku?
Właściwie to rozmawiamy po hiszpańsku, bo poznaliśmy się, mówiąc po hiszpańsku. Ona zna też francuski. Wierzymy, że hiszpański też przyjdzie naszym dzieciom łatwo, bo jest podobny do włoskiego. A angielski jest wszędzie, więc o to też się nie martwię.
To jedna z supermocy rodzin międzynarodowych. Dzieci znają kilka języków bez większego wysiłku, bo to po prostu ich codzienność. Czy uważasz, że Polska jest dobrym miejscem, by założyć rodzinę?
Tak, zdecydowanie. W porównaniu z Włochami, a szczególnie z Sycylią, uważam, że Polska jest dziś lepszym miejscem do wychowywania dzieci. W Katowicach plac zabaw jest niemal na każdym rogu. W weekendy czasem robimy sobie taki tour po placach zabaw Mamy dużo wsparcia i jestem zadowolony z opieki medycznej, w tym prywatnej opieki zdrowotnej oferowanej przez firmę.
Mam porównanie z moją siostrą wychowującą dziecko na Sycylii i tam jest inaczej. W jej mieście jest może jeden plac zabaw, w dodatku zdewastowany. Oczywiście Sycylia ma morze. Nie można mieć wszystkiego. Ale moje doświadczenia w Polsce są bardzo pozytywne. Czasem jest mi przykro, że tego, co mam tutaj, nie ma moja rodzina czy przyjaciele tam.
Co zabrałbyś z Sycylii do Polski?
Pogodę, zdecydowanie. I owoce morza, ryby i warzywa. Dzięki klimatowi jakość tych produktów jest inna i trudno ją porównać z Polską.
Uwielbiamy włoskie jedzenie i uważamy, że serwujemy w Polsce dobrą kuchnię włoską. Zgadzasz się?
Tak, ale rzadko chodzę do włoskich restauracji, bo mogę gotować włoskie jedzenie w domu. Lubię gotować. Lubię pizzę w Katowicach, szczególnie tę w stylu neapolitańskim. Miejsca takie jak Vera Napoli, Olio na Dworcowej i Luigi e Antonio w Piotrowicach są dobrymi przykładami. Kupuję też jedzenie w Angolo Italiano. W Katowicach zdecydowanie zjesz dobrą pizzę.
To co jesz na mieście, jeśli nie włoskie jedzenie?
Bardzo lubimy kuchnię indyjską. Mamy to nowe miejsce w pobliżu, Thali House. Lubimy też sushi i kuchnię tajską. Nie jestem typowym tradycyjnym Włochem, który je tylko włoskie jedzenie. Lubię próbować różnych kultur. Urodziłem się na Sycylii, ale w moim mieście nie było takich możliwości. Była pizzeria i może jedna restauracja. Tutaj różnorodność jest dużo większa.
Katowice bardzo się w tym względzie zmieniły.
Tak. Dziesięć czy czternaście lat temu było znacznie mniej opcji. Pamiętam, że wtedy włoskie było tylko Len Arte. Teraz można znaleźć pizzę neapolitańską, greckie jedzenie, indyjskie, sushi i wiele innych. W Krakowie to może być oczywiste, ale w Katowicach nie było.
Czy kiedykolwiek żałowałeś przeprowadzki do Polski?
Nie, nigdy. To była jedna z najlepszych decyzji mojego życia.
Czy jest coś, do czego nadal nie możesz się przyzwyczaić albo co Cię tu wkurza?
Pogoda. Szczególnie taka wiosna jak w tym roku, kiedy nadal potrzebuję szalika, czapki, a nawet rękawiczek. Nie żałuję, że tu jestem, ale po prostu mnie to czasem irytuje.
Czy twoja włoska rutyna zmieniła się po przeprowadzce do Polski?
Tak, szczególnie ostatnio. We Włoszech śniadanie jest zwykle słodkie: cornetto i cappuccino. Tutaj trudno o taki zestaw, więc śniadanie było zawsze wyzwaniem. Dwa lata temu zmieniłem dietę, całkowicie przeszedłem na słone śniadanie: jajka, pomidor, chleb żytni na zakwasie. Uwielbiam to. Czuję się, jakbym codziennie jadł śniadanie wielkanocne.
A kolacja?
We Włoszech kolację je późno, często o ósmej lub dziewiątej wieczorem i jest ona obfita. Potem idzie się spać z pełnym żołądkiem. W Polsce często pomijam kolację albo jem coś bardzo lekkiego o szóstej lub siódmej. Wolę tak. Ale to wyzwanie, kiedy wracam na Sycylię i muszę znowu dostosować się do włoskiego rytmu.
Czy trudno jest wytłumaczyć mamie, że nie chcesz kolacji o 21:00?
Ona to akceptuje, ale prawdziwy problem jet we mnie. Kiedy ona gotuje i wszyscy siadają do stołu, trudno nie dołączyć. Nawet jeśli mówisz sobie: „Dziś nie jem”, i tak siadasz i jesz.
We Włoszech moment wspólnego lunchu czy kolacji jest święty Wszyscy siadają razem i nie wstajesz, dopóki wszyscy nie skończą. Są zasady.
W Polsce zależy to od rodziny. W mojej rodzinie ważne było wspólne jedzenie, szczególnie obiadu, ale znam rodziny, gdzie się nie je razem. Ta zasada jest bardziej elastyczna niż we Włoszech.
We Włoszech to rzadkość, by nie jeść razem. Tutaj się zdarza i nie jest to jakaś wielka sprawa.
Marco, wygląda na to, że jesteś teraz w dobrym miejscu. Masz stanowisko menedżera w dobrej firmie, dużą rodzinę i swoją fundację. Czy jest coś, o czym marzysz? Jakie masz cele na przyszłość?
Jestem bardzo zadowolony z tego, co mam, ale zawsze są jakieś nowe projekty i pomysły. Życzę sobie zdrowia, bo tego bardzo potrzebuję: dla mojej rodziny i moich bliskich. Mam też nadzieję nadal spędzać czas na Sycylii, jak do tej pory. Nasza firma pozwala pracować z zagranicy przez pewien czas, co jest świetne. Dopóki dzieci są małe, chcę korzystać z tego elastycznego modelu. Taka równowaga jest dla mnie dobra.
Odkładając World Cup na bok. Jakie inne cele ma Twoja fundacja?
Dawanie ludziom narzędzi, by byli konkurencyjni na rynku pracy. To dla mnie bardzo ważne. Ci cudzoziemcy nie są tutaj przez przypadek.
Nie mówię tylko o uchodźcach. W Katowicach nie mamy wielu uchodźców, choć oczywiście są Ukraińcy. Mam na myśli wszystkie te zagraniczne społeczności. Wiele z tych osób już pracuje, ma rodziny albo przyjeżdża tu na studia. To ogromne wyzwanie — przenieść się z Zimbabwe czy Rwandy do Katowic. Za nim stoją ogromne wyrzeczenia. Chciałbym bardziej pomagać ludziom w znalezieniu pracy. Regulacje się zmieniają i stają się bardziej restrykcyjne, co jest w porządku, jeśli stoi za tym jasna wizja.
W wolnym czasie zajmuję się doradztwem zawodowym, również wolontariackim dla społeczności. To mógłby być cel naszej fundacji: pomagać ludziom znaleźć pracę i przygotować się na przyszłe potrzeby rynku pracy. Rynek jest dynamiczny, wchodzi AI i nowe specjalizacje. Cudzoziemcy muszą bardziej się starać. Na początku nie znają języka, więc potrzebują też więcej informacji i wsparcia.
Dziękuję, Marco. Bardzo się cieszę, że przyjąłeś moje zaproszenie. Życzę ci wszystkiego dobrego i mam nadzieję, że nigdy nie stracisz swojej supermocy i energii. Cieszę się, że Katowice są domem dla takich ludzi jak ty — ludzi, którzy znaleźli tu swoją przyszłość i rodzinę.
Dziękuję bardzo za wszystko. Do zobaczenia na World Cup 27 i 28 czerwca!